piątek, 13 grudnia 2013

Rzeczywistość odbita w baterii łazienkowej






Autor: Svjetlan Junakovic
Ilustracje: Svjetlan Junakovic
Tytuł: Wielka księga portretów zwierząt
Wydawnictwo: Tako
Liczba stron: 44

 

Napiszę jedno: Wydawnictwo Tako po prostu przeszło samo siebie wydając tę książkę. Niezwykle osobliwa, zabawna, absurdalna, a jednak chwilami taka prawdziwa. Kiedy tylko ją otrzymałam, to nie wiedziałam co mam o tej pozycji myśleć. A zawsze jak mam problem z jakąś książką, to wtedy pojawia się mój mąż, który z miną znawcy objaśnia, siedząc w kurtce na kanapie. I tylko co kilka chwil słyszę pomruki, śmiechy i pojedyncze słowa wykrzykiwane w pokoju:

- No, genialne!
-Jaaaaaa, ona rzeczywiście ma takie wyłupiaste oczy, jak żaba.
- Co siedzi w głowie autora?
- Geniusz, właśnie tak rodzą się geniusze!
- Kochanie, to najlepsza książka w tym roku….
- Rzeczywistość odbita w baterii łazienkowej.

 

Po godzinie wertowania…

 

Ja: Może w końcu ściągnąłbyś kurtkę i czapkę, bo masz już wypieki na twarzy.
Mąż: Nie mam czasu.

 

Po jego minie wiedziałam, że nie ma dalszego sensu moje gadanie, bo w jego głowie siedzą już te wszystkie olejne obrazy, te żaby, pingwiny, lwy, małpy i nosorożce. Nie wiem, czy słowa mojego męża są dla Was zachętą, jednak naprawdę warto bliżej przyjrzeć się tej znakomitej pozycji.

 

Znajdziecie w niej mnóstwo ilustracji przedstawiających zwierzęta. A ponoć wielcy znawcy uważali dotychczas, że żadne ich portrety nie istnieją. A tu proszę, taka niespodzianka. Książka obala ten mit i pokazuje, że zwierzęta także darzono zainteresowaniem w różnych krajach i epokach. We wstępie autor ostrzega, że wszelkie podobieństwo do znanych portretów gatunku ludzkiego jest przypadkowe. Myślę, że jest to książka idealna zarówno dla młodych i początkujących artystów, jak i dla ich rodziców. Na każdej stronie umieszczony jest jeden portret, a obok znajduje się krótka informacja o autorze, pochodzeniu czy ciekawej historii powstania.
 
 
 





 
 
 
 
 
 

Na każdej stronie znajdziecie naprawdę ciekawe spostrzeżenia autora, który ma szeroką wiedzę na temat sztuki… zwierzęcej. A takie niby-naukowe sformułowania jak: kluczowy obraz w historii sztuki, po prostu mnie powalają na kolana. Jestem bardzo ciekawa waszych odczuć, więc jeśli tylko zdobędziecie tę książkę, to czekam na wasze wrażenia. Wielka księga portretów zwierząt zdecydowanie wpisuje się na listę książek naj, naj. Może też być idealnym prezentem pod choinkę. Możecie też pobuszować na stronie Motyli książkowych.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Alinka zaprasza do zabawy






Autor: Alicja Morawska-Rubczak
Ilustracje: Ingakku Riukimiuki
Tytuł: Alinka zaprasza na scenę
Wydawnictwo: Tashka

 

Książka, która właściwie książką nie jest. Alinka to mała laleczka, która wprowadzi wasze dzieci w świat teatru, opery czy baletu. Alicja Morawska Rubczak to znakomity reżyser, krytyk i kurator teatralna działająca na polu teatru dla dzieci. Zajmuje się propagowaniem oraz rozwijaniem teatru dla najmłodszych widzów. Zawodowo spełnia się jako pedagog i kierownik literacki w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Autorka w sposób delikatny i przede wszystkim zabawny wprowadza nas w krainę magiczną, którą niewątpliwie jest teatr.

 

Króciutkie i w dodatku rymowane teksty, to jedynie wstęp do wspaniałej zabawy. Dzieciaki dowiedzą się jak to jest z lalkami na scenie i czym różni się pacynka od kukiełki. Oprócz tego takie pojęcia jak maska teatralna, laka cieniowa, marionetka, pantomima czy operetka będą teraz doskonale znane przez wasze dzieci. Wiadomo nie od dziś, żeby coś dobrze zapamiętać, to warto zobaczyć to coś na własne oczy. Oczywiście nie zawsze takie rozwiązania są możliwe do zrealizowania. Jednak autorka daje małym czytelnikom taką możliwość. Wystarczy wziąć w łapki nożyczki i wycinać lalki, pacynki, kukiełki lub po prostu kolorować albo jeśli tylko jest nas więcej bawić się w aktora, udawać, grać czy śpiewać. Przekonajcie się, że zaśpiewanie ulubionego fragmentu książki brzmi zupełnie inaczej.

 

Przez wszystkie strony poprowadzi was Alinka, więc musicie jej słuchać i stosować się do jej cennych rad. Wspaniała pozycja na rozwijanie umiejętności (chyba wszystkich) najmłodszych czytelników. Warto zajrzeć. U nas na ścianie już pojawiła się maska, którą połączyliśmy ze świątecznym łańcuchem domowej roboty. Teraz w czasie chorób takie robótki są lekarstwem na nudę. Polecam.
 
W konkursie Mikołajkowym wygrywa
 
marpil, którą proszę o kontakt i podanie swoich danych. Mój adres
 
e-mail: uam20@wp.pl

środa, 4 grudnia 2013

KONKURS KSIĄŻKOWY!!!!

Z okazji Mikołajek szybki, szybciutki konkurs u mnie na blogu.

Wystarczy, że zgłosicie się pod tym postem i w kilku słowach, zdaniach napiszecie o Waszych ulubionych słodkościach. Może coś ciekawego i smacznego przygotowujecie na nadchodzące Święta? Możecie się podzielić ciekawym przepisem.

Nagrodą w konkursie jest książka Marka Bieńczyka.


Pisałam o niej TUTAJ. Myślę, że warto powalczyć. Zwycięzcę wyłonię w niedzielę 8 grudnia.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dwie twarze




Autor: Yokococo
Ilustracje: Yokococo
Tytuł: Hans i Matylda
Wydawnictwo: Łajka
Liczba stron: 30

 

Książki o kotach uwielbiamy z córką najbardziej. Wszystko za sprawą dziesięcioletnich kotów – Bonka i Hery - mojej mamy, które są przez nas ubóstwiane. Każdy kot w książce, w kolorowance, na puzzlach lub spotkany na ulicy nazywa się Boniuś lub Hercia i nie można wprowadzać innego imienia, bo mamy dramat murowany, z którego ciężko się wyplątać. Nie wiedziałam jak to będzie z Hansem i Matyldą. Miałam nadzieję, że może się uda. Niestety na potrzeby mojej córeczki zamieniłam imiona bohaterów.



 

Mini opowieść kryminalna doskonale wpisuje się dziecięcy świat bzików, sztuczek, dowcipów, łobuziakowania naszych pociech. Może nie dacie się zaskoczyć, tak jak ja zakończeniem tej historii. Dałam się ponieść i trwałam w danej chwili, nie myślałam, jak to wszystko się zakończy. Wręcz przeciwnie, byłam ciekawa kolejnych łobuzerskich wyczynów Hansa, bo to on przypadł mi i córce do gustu. Matylda to kotka spokojna, a Hans to jej zupełne przeciwieństwo- rozrabiaka. Jednak niech was nie zwiodą pozory! Bądźcie czujni! O Matyldzie wszyscy mówili, że to bardzo grzeczna i ułożona dziewczynka-kotka. Hans jednak tak dobrej opinii nie miał. Płatał figle, rozrzucał zabawki. Istny rozbójnik. Jednak pewnego dnia Hans posunął się za daleko i pożyczył pęk kluczy i uwolnił wszystkie zwierzęta z zoo. Matylda za to wpadła na sprytny pomysł. Jaki? I jak cała historia się zakończyła, musicie dowiedzieć się sami.

 
 

Świetnie zilustrowana historia opowiadająca, o tym że w każdym z nas tkwią różne osobowości. Całość oparta na przeciwieństwach i różnicach, dzięki czemu ilustracje doskonale uzupełniają tekst i tworzą harmonijną całość. Autorką tekstu i ilustracji jest japońska artystka, która tworzy książki obrazkowe dla dzieci. Hans i Matylda został nagrodzony na Junior Design Awards 2012. Warto więc zajrzeć i spróbować rozwiązać zagadkę. Polecam.
 
Macie już upatrzone prezenty na Mikołaja? Jeśli nie, to zapraszam na stronę Motyli Książkowych.
 
Ps. U mnie istny Armagedon: Ula ma zapalenie płuc i żeby było śmieszniej, to jeszcze ospę. Ja od dwóch tygodni też choruję. A w dodatku kupiliśmy mieszkanie i jesteśmy na etapie urządzania...

środa, 20 listopada 2013

Dyniowa zupa, dyniowe ciasto i dyniowa książka






Autor: Eva Mejuto
Ilustracje: Andre Letria
Tytuł: Biegnij dynio, biegnij
Wydawnictwo: Tako
Liczba stron: 32

 

-Gąski, gąski do domu!
- Boimy się!
- Czego?
-Wilka złego!

 

Właśnie z tą zabawą skojarzyła mi się od razu historia o dyni, która uratowała życie pewnej babci. Może dlatego, że od jakiegoś czasu z córką bawimy się w tego typu zabawy. Ciężko jest mi biegać w ósmym miesiącu ciąży, albo padać na podłogę lub spać na podłodze niczym niedźwiedź, no ale czego się nie robi dla dziecka. U nas jak tylko pojawia się jesień, to w kuchni od razu unoszą się nowe, zapomniane zapachy. I tak się składa, że wczoraj na obiad mieliśmy zupę dyniową, a na deser ciasto dyniowe. W dodatku postanowiłam jeszcze zrobić puree z dyni do słoików. Chyba oszalałam, ale musiałam dla małego brzdąca przygotować porcje na długą zimę. W każdym razie po smacznym posiłku wzięliśmy się za przeczytanie … dyniowej książki.
 
 
 

 

Jest to bardzo znana historia portugalska, która była ponoć przerabiana na tysiąc sposobów. Cieszę się ogromnie, że za sprawą Wydawnictwa Tako możemy ją także gościć w polskich domach. Niezwykła w formie, zabawna w treści i taka bardzo melodyjna. To chyba ze względu na powtarzany fragment, który brzmi bardzo śpiewnie i aż chce się go powtarzać na głos lub rzucać nim jak czarownym zaklęciem. A o czym opowiada historia? O pewnej staruszce, która została zaproszona na wesele swojej wnuczki. Dziarska babuszka, która mieszkała na wsi postanowiła natychmiast wyruszyć w drogę, żeby tylko się nie spóźnić. W końcu nie wypada się spóźniać na taką uroczystość. To nie dotyczy mojego męża, który notorycznie na wesela zapomina zabrać najważniejszego, czyli garnituru. Ostatnio wracał ponad 300 kilometrów, a ja bawiłam się sama. Staruszka jednak po drodze napotyka zgoła inne problemy, które mogą okazać się niebezpieczne. Otóż po drodze spotyka złego wilka, niedźwiedzia i lwa. Wszyscy chcą ją pożreć, jednak staruszka sprytnie wymiguje się z tej groźby. Mówi, że jak będzie wracała z wesela, to będzie znacznie grubsza, a co za tym idzie smaczniejsza. Kiedy babcia dotarła do domu wnuczki, o wszystkim jej opowiedziała. I t właśnie wnuczka wpadła na znakomity pomysł, jak przechytrzyć bestie. Pomocna okaże się wielka dynia. A w jaki sposób wykorzysta ją babcia musicie przeczytać sami.
 
 
 

 

Historia od początku trzyma w napięciu i tak jak napisałam na początku stwarza wrażenie bardzo melodyjnej. Ilustracje zachwycają stonowanymi barwami. Naprawdę można im się przyglądać godzinami i wypatrywać nowych szczegółów. Przezabawna historyjka, która pokazuje, że odrobina wyobraźni potrafi zdziałać cuda. Polecam na jesienne wieczory.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Z serii: tyci ludzie...


 
 
Autor: Juan Arjona
Ilustracje: Lluisot
Tytuł:Antonino w walce z czasem
Wydawnictwo: Tako
Liczba stron: 28

 

Czy pięć minut to dużo czasu? Oczywiście wszystko zależy od tego, na co chcemy przeznaczyć te pięć minut. Na pewno uda nam się w tym czasie zrobić herbatę lub kawę, włączyć radio, wytrzeć nos, narysować jabłko dla dziecko czy pobiec do pobliskiego sklepiku po masło. W każdym razie na każdym kroku czas nas goni nieubłaganie. Są jednak takie sytuacje, kiedy pięć minut może nie wystarczyć albo wlecze się niczym osioł. Czy bohaterowi naszej małej książeczki uda się w ciągu pięciu minut uratować niedźwiedzia? Przeczytajcie i podziwiajcie piękne ilustracje.
 
 

Niewielkich rozmiarów książeczka skrywa w sobie wielką treść. Choć bohater – Antonino jest raczej małych rozmiarów. Jego wąsy i cztery włosy na głowie od razu wzbudziły mój zachwyt i sympatię. Antonino jak wielu z nas lubi spędzać czas na spacerach po lesie. Wącha kwiaty, obserwuje ptaki i napawa się pięknym krajobrazem. Wtedy czuje się bardzo zadowolony z siebie. Pewnego dnia słyszy dziwne dźwięki dobiegające z głębi lasu. Nie mógł pozostać obojętnym i od razu wyruszył w las, żeby sprawdzić, co się dzieje. Jego oczom ukazał się niedźwiedź, który nieszczęśliwie wpadł we wnyki. Antonino ani chwili się nie zastanawiał i postanowił biedaka uratować. Jednak czasu ma niewiele. Czy zdoła w ciągu pięciu minut przebiec przez las pełen niespodzianek i dotrzeć do szpitala? Nie zdradzę zakończenia.
 
 

Niezwykle ciekawa książeczka, która naprawdę trzyma w napięciu. Śledzimy małego człowieczka z wielkim niedźwiedziem na rękach jak przemierza leśne szuwary. Dobre serce bohatera okazuje się wielkim. Cudownie wiedzieć, że są w bajkach (i nie tylko) ludzie, którzy potrafią pomóc bezinteresownie. Proste i bardzo zabawne ilustracje wywołują uśmiech na każdej twarzy i dużej i małej. Najbardziej spodobały mi się miny bohaterów, ich zdziwienie, zaangażowanie, zaskoczenie, zadowolenie. Wspaniała historia, która wciągnie bez reszty małego czytelnika. Polecam i zapraszam na strony Motyli Książkowych.

środa, 13 listopada 2013

Tyci człowieczek i wielgachne marzenie




Autor: Gustavo Roldan
Ilustracje: Gustavo Roldan
Przekład: Beata Haniec
Tytuł: Pan G.
Wydawnictwo: Tako
Liczba stron: 34

 

Dawno nie czytałam tak mądrej historii, która napawa nadzieją, a z każdej strony wygląda optymizm, który tak bardzo w dzisiejszych czasach jest nam potrzebny. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu  książki Antonino w walce z czasem, dochodzę do wniosku, że mali, tyci bohaterowie są teraz na topie. Zapraszam więc do lektury, w której marzenia nie mają granic, a wyobraźnia naprawdę może zdziałać cuda.
 
 
 

 

W pewnym miasteczku spowitym wielką ciszą urodził się Pan G. Sympatyczny, mały człowieczek o nieograniczonej wyobraźni spędził tutaj całe życie. O miasteczku wiemy niewiele. Znajduje się gdzieś na samym środku suchej pustyni, gdzie woda i rośliny były cenne niczym złoto. Pan G. był bardzo szanowanym i lubianym mieszkańcem. Zawsze z każdym się witał, rozmawiał, interesował się sprawami innych, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Pewnego dnia czujni sąsiedzi zauważyli, że Pan G. zachowuje się jakoś dziwnie. A wiemy doskonale, że każde dziwne zachowanie wzbudza zainteresowanie i plotki. Pan G. przechadzał się po ulicach miasteczka i mamrotał coś pod nosem. Dziwak, powiecie. A któż z nas nie jest dziwakiem? Jednak kiedy Pan G. nieoczekiwanie opuścił miasteczko, by wrócić po tygodniu z małym pakunkiem i narzędziami, to sąsiedzi nie mogli już wytrzymać z ciekawości, co też ten Pan G. wykombinował. Pan G. oświadczył, że zasadzi cebulkę na tej cichej pustyni. Kwiat wprowadzi trochę muzyki do tego ponurego miasteczka. Phi, przecież na pustyni kwiaty nie rosną, a na pewno nie tworzą muzyki. Czy rzeczywiście tak się stanie? Czy na suchej ziemi wyrośnie piękny kwiat? Czy pan G. oszalał? Zajrzyjcie koniecznie.



 

Książeczka, która nastraja pozytywnie i niesie ze sobą nadzieję, że każde marzenie może się spełnić. Wiem, że może to brzmi banalnie, ale wystarczy wierzyć i realizować plany. Nie możemy się przejmować tym, co mówią inni, którzy stoją z boku. Być może ich wyobraźnia nie jest dostatecznie rozwinięta? A może po prostu zazdroszczą? Ilustracje doskonałe, zabawne i bardzo dynamiczne. Bardzo podobały mi się wpatrzone dziesiątki par oczu w Pana G. Proste, czarne kreski wprowadzają nas w świat, w którym każdy odnajdzie coś dla siebie. Trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy. Polecam.

Książkę możecie kupić TU.

wtorek, 12 listopada 2013

Brzuszku mój malutki, rośnij duży okrąglutki...





Autor: Kęstutis Kasparavicius
Tytuł: Marchewiusz Wielki
Wydawnictwo: Martel
Liczba stron: 68
Rok wydania: 2010

 

 

Jak bardzo się ucieszyłam, kiedy mogłam po raz kolejny wrócić do książki autorstwa litewskiego autora i ilustratora w jednym- Kęstutisa Kasparaviciusa. Wcześniej pisałam Wam o Florianie ogrodniku, a tym razem zachęcam Was do wejścia w świat zwierząt, które czują i zachowują się jak ludzie. I tak jak ludzie marzą o rzeczach, które mogą całkowicie odmienić ich świat i to niestety, nie zawsze na dobre.

 

Głównym bohaterem tej baśniowej opowieści jest Zając Marchewka, który w krótkim czasie zamienia się w Marchewiusza Wielkiego. Niestety często poszukujemy swoich idoli, wzorów i zmieniamy się, zatracamy prawdziwe ja. Choć z początku wszystko wydaje się takie proste. Zając postanawia zostać wielkim zającem, tak jak jego sąsiad Niedźwiedź. Aby tego dokonać zjada codziennie słodkie bułeczki, ciasta, lody... Zdrowe marchewki zamienia na smakołyki. I rośnie każdego dnia coraz bardziej. I niestety staje się Marchewiuszem Wielkim, a nawet ogromniastym. Czy decyzja zająca, aby upodobnić się do niedźwiedzia była słuszna? Dopiero kiedy na jego drodze staje mała Króliczka postanawia z jej pomocą wrócić do formy. Nie pomogą tutaj żadne czary i magia, tylko ciężka i żmudna praca, która się opłaci. Jeśli jesteście ciekawi jak zakończy się cała historia, to przeczytajcie koniecznie.

 

Mądra historia, o tym, że w życiu zawsze powinniśmy pozostać sobą i nie upodabniać się do kogoś za wszelka cenę, bo możemy stracić cos bardzo cennego- własną duszę. A tego chyba nikt z nas nie chce. Zając po czasie wszystko sobie uświadomił i tylko dzięki wysiłkowi i codziennej pracy wrócił do swoich normalnych rozmiarów. Pouczająca opowieść, którą polecam wszystkim.

 

sobota, 2 listopada 2013

Na jesienne wieczory











Autor: Izabela Jung
Tytuł: Chuliganka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 288

 

Literaturę polską uwielbiam od zawsze i jeśli tylko mam możliwość, to sięgam po literaturę polskich autorów. Cieszę się, że coraz więcej wydaje się książek polskich autorów, bo chwilami w całym tym światku wydawniczym wydawało mi się, że polska literatura spychana jest boczny plan, a wypiera ją literatura skandynawska, angielska czy amerykańska. Po debiut Izabeli Jung sięgnęłam z wielką chęcią i z wypiekami na twarzy. Co prawda zawsze do debiutów podchodzę z lekką rezerwą, bo w sumie nigdy nie wiemy, czy nie trafimy na kolejne grafomańskie czytadło. Powiem szczerze, że mimo dobrych chęci, zapału i pozytywnego nastawienia Chuliganka nie zdobyła mojego serca. No niby pomysł na całą książkę był sensowny, to jednak strona językowa po prostu fatalna.

 

Ewa jest spełnioną kobietą po trzydziestce. Ma męża (niestety niezbyt wspaniałego) oraz dwójkę dzieci. Choć nie potrafiłam od razu rozgryźć ile tych dzieci ma naprawdę. Jakoś we wszystkim trudno było mi się połapać. Teraz już nie wiem, czy było to wynikiem mojego ciążowego zmiennego samopoczucia, czy po prostu autorka trochę zagmatwała treść. Wróćmy do Ewy. Można powiedzieć, że jest kobietą spełnioną, bo oprócz rodziny, pracuje w zawodzie, który wykonuje dla własnej przyjemności, a nie dla pieniędzy. Nie potrafię wam jednak napisać, czym konkretnie zajmuje się bohaterka. W trakcie czytania dowiadujemy się, że jednak jej życie nie jest zbyt kolorowe. Niestety autorka zbyt mało miejsca poświęciła relacjom Ewy z mężem. Nie wiemy tak naprawdę, dlaczego między małżonkami źle się układa. Autorka wciąż powtarza jedno zdanie, że mąż Ewy więcej czasu spędza w pracy niż w domu. Ale co było przyczyną takiej sytuacji i co do tego doprowadziło? Tego niestety czytelnik się dowiaduje. W każdym razie czekałam na wątek miłości, zakochania i pożądania, bo w końcu o tym przeczytałam już na okładce. Miłość niespotykana i zaskakująca, która pojawiła się w domu Ewy była dla mnie nadzieją. I muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi pomysł Izabeli Jung na nową miłość Ewy do człowieka z innej kultury. W końcu zakochanie się w obcokrajowcu nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak miłość do Czeczena może nas zaskoczyć. Tak się składa, że Ewa remontuje dom, który remontuje ekipa składająca się właśnie głównie z Czeczenów. Wśród nich dostrzega trochę nieśmiałego Zeliema, który studiuje w Polsce. Dostrzega w jego oczach pewną tajemnicę… Czy Ewa odważy się, żeby przekreślić swoje małżeństwo, zapomnieć o rodzinie? Czy odda się objęcia młodszego od siebie Czeczeńca? Jeśli znajdziecie chwilę czasu w te jesienne wieczory, to możecie zerknąć.

 

Tak jak wspomniałam wcześniej, autorce brakuje pewnego poczucia stylistycznego. Jednak ma w sobie potencjał i na pewno znakomite pomysły. Nad warsztatem pisarskim jednak musi jeszcze popracować.

czwartek, 31 października 2013

Pam-pam-pam i jego przygody


 
 
 
 
 
Autor: Jerzy Szczudlik
Tytuł: Pam-pam-pam
Tłumaczenie na język angielski: Anna Hyde
Język wydania: polsko-angielski
Ilustracje: Mira Roznerska
Wydawca: Pracownia Wydawnicza „ElSet" w Olsztynie
Miejsce i rok wydania: Olsztyn 2013

Liczba stron: 48

 

Nie wiem jakim cudem umknęła mi pierwsza część książki o przygodach małej dziewczynki i jej przyjaciela królika Pam-pama. Tym bardziej, że książka była nominowana do Nagrody Literackiej Fundacji Zielona Gęś im. Konstantego I. Gałczyńskiego „Zielona Gąska 2012". Niestety ubolewam nad tym, że nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego, co dzieje się literaturze dziecięcej, ale będę musiała bardziej się starać. Pam-pam to mały, biały królik i najlepszy przyjaciel Mai, która wychowuje się w polsko-francuskiej rodzinie w Oksfordzie. W dzisiejszych czasach coraz więcej jest rodzin wielokulturowych, które zamieszkują różne miejsca w Europie i na świecie.
 
 
 

 

Mała Maia wróciła właśnie ze wspaniałych wakacji z Polski, które spędziła u swoich dziadków. Zdziwiła się wielce, kiedy zobaczyła na swoim łóżku białego pluszowego królika, który do złudzenia przypominał Pam- pama. Ale jej przyjaciel ze zmęczenia po prostu padł i smacznie sobie spał w jej plecaku. Skąd więc na jej łóżku drugi królik? Maia bardzo się ucieszyła, kiedy królik przemówił do niej ludzkim głosem. Opowiedział jak to się stało, że znalazł się w jej domu. Biały pluszak mówił bardzo szybko i parokrotnie powtarzał wypowiadane zdania. Otóż królik uciekł ze sklepu z zabawkami. Nie mógł znieść hałasu pewnego chłopca, który jak burza wpadł do sklepu. Maia od razu polubiła nowego towarzysza i wymyśliła dla niego nawet imię. Wyszła z założenia, że skoro jest łudząco podobny do jej „starego” przyjaciela Pam- pama i powtarza wypowiadane zdania, postanowiła nazwać go Pam-pam-pamem. Wspaniały pomysł, prawda? Pewnego popołudnia postanowili wybrać się na wycieczkę. Udali się do muzeum zabawy lub jak kto woli muzeum nauki. Jednak Maia nie lubiła tej drugiej nazwy, nie brzmiała zbyt zachęcająco. W muzeum wszystko ich zachwycało, biegali od eksponatu do eksponatu. Prezentowane zbiory obejmowały niemal wszystkie dziedziny nauki i techniki. Nie wiedzieli jednak, że wspaniałą i pouczająca zabawa zamieni się w kłopoty. Ba! Maia nawet nie spodziewała się, że będzie razem ze swoimi królikami broniła świata przed potężnymi robotami. Musicie przeczytać, jak zakończy się cała potyczka i czy sprytna Maia da sobie radę?

 
 
 

Książka napisana pięknym, poetyckim językiem, w którym co rusz pojawiają wspaniale wkomponowane różnego rodzaju powiedzonka, metafory i przenośnie, które nie zawsze są jasne dla najmłodszych czytelników np. zabić klina, wybuchnąć śmiechem, koniec języka za przewodnika, pozjadać wszystkie rozumy. Autor wyjaśnia je w sposób tak naturalny i prosty, że nawet tego nie zauważamy. Do tego warto zaznaczyć, że książka jest dwujęzyczna polsko-angielska. Można ją więc wykorzystać do nauki i zabawy z językiem obcym zarówno w domowym zaciszu, jak i w przedszkolu. Żałuje jedynie, że ilustracje są dość okrojone i nie ma ich zbyt wiele, ale może dzięki temu nasza wyobraźnia będzie się lepiej rozwijać. A jeśli dołączymy do tego wybujałą fantazję naszych dzieci, to mamy duet doskonały. Polecam serdecznie. Sama muszę sięgnąć po pierwszą część. Czy będziecie potrafili, tak jak wasze pociechy przenieść się do fantastycznego królestwa dzieciństwa?
No i oczywiście polecam Wam serdecznie moja ukochaną stronę Motyle książkowe.

Wyniki konkursu!!!

Od razu bardzo przepraszam, że dopiero dzisiaj ogłaszam szczęśliwców, ale czasem z tym moim wielgachnym brzuchem ciężko mi usiąść przed komputerem. W takim razie, żeby nie przedłużać.
Książki wygrały:

Małgosia
oraz
Melania K.

Dziewczyny proszę Was o kontakt na mój e-mail uam20@wp.pl Oczywiście prześlijcie swoje adresy.
Wszystkim dziękuję za udział. Nie martwcie się niebawem kolejny konkurs, w którym będzie mnóstwo nagród. Może uda mi się nagrodzić wszystkich?

piątek, 25 października 2013

Stop! Jestem zebrą! KONKURS









Autor: Ifi Ude
Ilustracje: Nezka Satkov
Tytuł: Zebra
Wydawnictwo: Poławiacze Pereł

 

Na Zebrę czekałam już od dłuższego czasu. Dawno nie czułam takiego zniecierpliwienia i niepokoju. W głowie tylko kręciło mi się pytanie: co to będzie? Co to będzie? No właśnie i kiedy tylko dostałam książkę, to zaczęłam skakać z radości. Całe szczęście, że mąż tego nie widział. Chociaż on wie, że wyglądam jak szaleniec w obłędzie, kiedy rozpakowuję kartony z książkami. Też tak macie? Moja radość była ( i nadal trwa!) tak duża z dwóch względów: po pierwsze mamy nowe, dobrze zapowiadające się Wydawnictwo Poławiacze Pereł, a po drugie ciekawy pomysł na nową serię książek dla dzieci i młodzieży. Seria ½ +½=∞ jest otwartą serią pisaną przez osoby będące w połowie Polkami lub Polakami. Można ją opisać kilkoma słowami: dwukulturowość, inność i tolerancja. I to znajdziecie na pewno w pierwszej książce.



 

Sama autorka w jednym z wywiadów, na pytanie, skąd wzięła się Zebra, odpowiedziała jednym zdaniem: z wielkiej miłości… I jeśli tylko ta myśl będzie nam przyświecać podczas czytania, to myślę, że będziemy na dobrej drodze do bycia tolerancyjnym. Ifi Ude pochodzi z Nigerii, dokładnie z plemienia Ibo. Jednak w wieku trzech lat przeprowadziła się do Polski i mieszka w niej do dziś. A ja dopiero dziś odkryłam, że skrywa się w niej prawdziwie artystyczna dusza. Oprócz debiutu literackiego jest przede wszystkim znakomitą piosenkarką i producentką. Zachwyciły mnie jej utwory śpiewane w języku plemiennym ibo. Niesamowita mieszanka kulturowa, którą słyszymy w każdym dźwięku oraz eksplozja całkiem nieznanych dotąd uczuć, tworzą naprawdę poruszające utwory.

 

Podobnie jest z Zebrą, w której odnajdziemy ponadczasowe prawdy, które są wciąż aktualne: tolerancja, szukanie własnego miejsca, różnorodność. W małej mazurskiej wsi na świat przychodzi mała zeberka. Młode koniki ze stada lubią się ze sobą bawić i beztrosko spędzać czas. Nikt nie zauważa, że zebra ma czarno-białe paski, dziwny ogon i trochę inną grzywę. Jednak kiedy młode koniki zaczynają naukę w przedszkolu zaczynają dostrzegać u siebie nawzajem charakterystyczne cechy. Małej zeberce było chwilami smutno, jedna historia taty, który pochodzi z Afryki troszkę podniosła ją na duchu. Inne źrebaki jednak odrzuciły zeberkę, bo przecież wyglądała zupełnie inaczej. A wszyscy, którzy są inni muszą usunąć się na bok. Zebra była zrozpaczona i płakała pod jabłonią. Dopiero mądra historia mamy zebry uświadomiła jej, że inność nie jest wadą, a czyni ją jedynie kimś wyjątkowym. Zresztą bez względu na wygląd każdy z nas jest ważny i wyjątkowy. Jednak często w dzisiejszym świecie uważamy się za tolerancyjnych, ale kiedy stajemy w jakiejś dziwnej sytuacji, to nie wiemy jak się zachować. A może zostańmy takimi zebrami, odważnymi, z dobrym sercem? Pewnego dnia za sprawą niezwykłe niebezpiecznej sytuacji inne koniki w zupełności akceptują zebrę.


 

Ilustracje wspaniale wpisują się w nurt dwukulturowości, bo kiedy tak patrzę na tę jabłoń pod którą siedzi smutna zebra, to w pewnym momencie  jabłonka zamienia w wielki baobab. Nawiązanie do afrykańskich motywów, kolorów i kształtów widoczne jest praktycznie na każdej stronie. Musicie koniecznie przeczytać. Do księgarń!

Mam dla Was także małą niespodziankę. Jeśli chcielibyście otrzymać egzemplarz Zebry, to zapraszam do udziału w konkursie. Wystarczy, że pod tym postem napiszecie w kilku zdaniach jak rozumiecie nazwę nowego Wydawnictwa Poławiacze Pereł, co ono dla was oznacza, z czym wam się kojarzy. Na odpowiedzi czekam do końca tygodnia. A potem wybiorę dwóch zwycięzców. Oczywiście jeśli zgłosi się wiele osób, to pula książek pocieszenia także się pojawi. Zachęcam.

wtorek, 22 października 2013

Szczęśliwi rodzice, to szczęśliwe dzieci.


 
 
 
 
Autor: Laetitia Bourget
Tytuł: Szczęśliwi rodzice
Ilustracje: Emmanuelle Houdart
Wersja polska: Dorota Hartwich
Rok wydania: 2013
Format: 235 mm x 320 mm
Liczba stron: 56
Oprawa: twarda


 

Rodzicielstwo? Czy wszyscy rodzice są gotowi na ten moment? Czy wiedzą jak może zmienić się ich życie? Wydaje mi się, że bez względu na to, czy chcemy mieć dzieci, czy też nie, wewnętrznie natura jakoś nas przygotowała. Oczywiście jak to będzie wyglądało dokładnie, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Możemy jedynie snuć przemyślenia. Ja pamiętam przede wszystkim, że nie potrafiłam sobie wyobrazić, dlaczego kobieta po urodzeniu dziecka czuje się wciąż zmęczona. Niby wiedziałam, że trzeba będzie wstawać w nocy, karmić i przewijać, ale do mojej świadomości nie dochodziły skutki takiego ciągłego wstawania. W końcu jednak zrozumiałam, że nie ma lekko. W podobnej sytuacji znajdują się główni bohaterowie książki. Posłuchajcie, przeczytajcie i pomyślcie, jak to było u was.
 
 

Pewna księżniczka cudownej urody oraz dzielny i waleczny książę bardzo się kochali. Zaczyna się bardzo romantycznie, prawda? Żyli w zaczarowanym pałacu i każdego dnia pielęgnowali swoje uczucie, a co najważniejsze-delektowali się spokojem każdego dnia. Nie wiedzieli jeszcze, że ten błogi spokój za jakiś czas zostanie zakłócony. Kiedy księżniczka dowiedziała się, że w jej łonie dojrzewa maleńkie dziecko, nie mogła przestać się radować z tej nowiny. I wtedy zaczęło się wszystko bardzo niewinnie i delikatnie zmieniać. Księżniczka, jak to każda kobieta w błogosławionym stanie, zaczęła miewać dziwaczne zachcianki. Jakie? Musicie koniecznie zajrzeć do książki. Ba! Księżniczka z dnia na dzień zaczęła się zmieniać nie do poznania. Powiem, że ilustracje są po prostu fenomenalne. Są doskonałym uzupełnieniem treści. Śledząc dalsze losy księcia i księżnej zobaczymy, co będzie dla nich zaskoczeniem. Maleńkie dziecko wcale nie będzie takie śliczniutkie, jak sobie wyobrażali, a intensywny zapach wydobywający się z pieluszek będzie ciężki do zniesienia. Zresztą sami zobaczycie jak sobie z tą sytuacją będzie radziła księżniczka. Mojej córce bardzo spodobał się ten pomysł. Książka przy której odkrywamy prawdziwe oblicze rodzicielstwa, o zmianach, które zaskakują, o radości, smutku, odrzuceniu, wspólnych decyzjach, obietnicach.
 
 
 

Jak udało im się wytrwać razem

w tej długiej przeprawie?

 

Potrzebna im była góra miłości

I głęboki ocean mądrości.

 

Polecam Wam serdecznie, bo mam nadzieję, że odnajdziecie w tej książce swego rodzaju spokój i odetchniecie z ulgą, że jednak wszyscy rodzice spotykają się z podobnymi problemami i wyobrażeniami. Ilustracje cudowne, charakterystyczne i przemyślane. Nie są odzwierciedleniem tekstu, lecz znakomicie go uzupełniają i dopowiadają. Naprawdę warto. Zapraszam też tu.

piątek, 18 października 2013

Cztery zwykłe miski niezwykłej autorki

 
 






Autor: Iwona Chmielewska
Tytuł: Cztery zwykłe miski
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-61488-29-3
Liczba stron: 48
Wydawnictwo: Format

 

Toruń dotychczas kojarzył mi się z piernikami, no cóż, takie mało oryginalne skojarzenie. Większy jednak miałam problem, by powiedzieć z czym (albo z kim) kojarzy mi się Korea Południowa. Powiem Wam, że musiałam intensywnie pomyśleć. W końcu wymyśliłam, że jak Korea Poł., to Kim Dong Il, Kim De Zdung, masakra w Kwangju ( no dobra przyznaję, nie ja na to wpadłam tylko mój brat historyk). I to byłoby na tyle. Dopiero kiedy książka Cztery zwykłe miski wpadła w moje ręce uświadomiłam sobie, że Korea Południowa kojarzy mi się z toruńską artystką Iwoną Chmielewską, która na drugim końcu świata jest bardziej popularna niż w rodzimej Polsce. Zadziwiające, prawda? A jednak to właśnie w Korei Chmielewska wydała kilkanaście swoich książek obrazkowych tzw. picture books. Oprócz tego jej publikacje ukazały się także w Japonii, Chinach, Meksyku, w Portugali czy na Tajwanie. Ubolewam, że wciąż tak mało jej książek jest nam dane podziwiać. Taka artystka magiczna, która obrazem potrafi powiedzieć więcej niż słowami. Przecież to bardzo cenna umiejętność. Tak mała popularność być może wynika z faktu, że książka obrazkowa nie jest tak rozpowszechniona w Polsce. Bo czym właściwie jest picture book?


 

 
Większość badaczy opiera się na definicji Barbary Bader, która prowadziła badania nad amerykańską książką obrazkową. Według niej (książka obrazkowa picturebook) jest tekstem, ilustracjami i całościowym projektem; może być wykonana ręcznie albo stanowić komercyjny produkt; jest społecznym, kulturowym i historycznym dokumentem, a przede wszystkim jest doświadczeniem dla dziecka. Jako forma sztuki zależy od współbrzmienia obrazów i słów pokazywanych symultanicznie w każdej rozkładówce i dramatyzmu przewracania stron. Książka obrazkowa we właściwy sobie sposób ma nieograniczone możliwości. Książka obrazkowa dla mnie osobiście, to takie małe dzieło sztuki, w którym dochodzi do interakcji słowa i obrazu. Mamy tekst pisany i obraz, które sprawiają, że instrukcja czytania wcale nie jest taka prosta. Obraz zawsze mówi nam więcej i każdemu może mówić trochę różne rzeczy. Słowo zawsze jest tylko dodatkiem, ale dodatkiem koniecznym. Na całym świecie picture book jest bardzo popularna, u nas, w Polsce natomiast ciężko ją nawet zaklasyfikować. Iwona Chmielewska w wywiadzie, który przeprowadziła Elżbieta Kruszyńska, na pytanie, po czym rozpoznać książkę obrazkową, jakie są jej cechy gatunkowe, odpowiada:

W Polsce – w przeciwieństwie do innych krajów – nie ma opracowań teoretycznych na temat picture book. Trudno też jednoznacznie stwierdzić, kto ma się zajmować jej badaniem: czy literaturoznawcy, czy artyści plastycy, a może kulturoznawcy, historycy sztuki, czy też pedagodzy (z uwagi na ich przesłanie wychowawcze). Picture book jako materiał daje wiele możliwości i otwiera przeróżne ścieżki badawcze. Jest to książka ikonolingwistyczna, w której tekst i obraz pełnią zwykle równorzędną rolę. Czasem wiodącą funkcję pełni obraz, zaś krótki, kilkuzdaniowy tekst jest właściwie pretekstem do zbudowania opowieści na podstawie obrazu. Tekst nie może być zbyt „pokazujący”. Jeśli szczegółowo opiszesz sytuację, to co pokażesz na obrazie? Tekst trzeba ociosać ze zbędnych słów, maksymalnie go uprościć, a słowa, których nie ma, pokazać na obrazie. Tekst w picture book jest bez obrazu w pewnym stopniu nie do odczytania, nie funkcjonuje autonomicznie, ponieważ rozwiązanie opowieści znajdujemy dopiero w obrazie. Podobnie z obrazem – sam jest niepełny. Dopiero związek tych dwóch płaszczyzn, spójność obrazu i tekstu daje nam picture book.
 

 
 
 
Każdy z nas na swój sposób będzie odbierał taką książkę. Nie chciałabym nikomu sugerować, jakie widzenie jest poprawne. Mam nadzieję, że zachęciłam Was byście sięgnęli po Cztery zwykłe miski.
Książkę można napisać naprawdę o wszystkim i chyba nic mnie już nie zaskoczy w literaturze dziecięcej. Jednak kiedy spoglądam na książki Iwony Chmielewskiej wciąż niedowierzam, że można wymyślić, coś tak ciekawego, prostego i magicznego jednocześnie. Cztery zwykłe miski są na początku po prostu czterema zwykłymi miskami, ale już na kolejnych stronach przemieniają się w parasole, okulary przeciwsłoneczne, wiatraczek, żółwie skorupy, księżyc, zegar, biedronkę…Cztery miski w rękach artysty otwierają szereg możliwości ich zastosowania. Wystarczy odrobina wyobraźni. Jednak mimo oszczędnego tekstu i okrojonych ilustracji książka wzbudza zachwyt i tak naprawdę mnoży (przynajmniej w mojej głowie) nieskończone interpretacje i domysły. Uwielbiam książki, które zmuszają do myślenia. Do stworzenia tej książki zostały wykorzystane niepotrzebne nikomu papiery i stare książki z biblioteki. Iwona Chmielewska próbuje zwrócić naszą uwagę na wszystkie przedmioty, które posiadamy, o które się wciąż staramy. A czasami zapominamy o tym co mamy… Przecież gdzieś obok nas ktoś może nie mieć niczego lub zdecydowanie mniej. Warto przeczytać, obejrzeć, pomyśleć, zastanowić się i wyciągnąć wnioski. Polecam z całego serca.
 
Zapraszam także na stronę motyle książkowe, na której znajdziecie same perełki.

wtorek, 15 października 2013

Ludzie listy piszą...




Autor: Gerard Moncomble
Tytuł: Zagadkowa koperta listonosza Artura
Ilustracje: Paweł Pawlak
Rok wydania: 2013
Format: 205 mm x 285 mm
Liczba stron: 40
Wydawnictwo: Format


 

Od jakiegoś czasu nie mogę się oprzeć nowościom książkowym dla dzieci, które prezentuje Wydawnictwo Format. Kolejna książka i kolejny hit w naszej rodzinie. Choć ostatnio na pierwszy plan wysuwają się Szczęśliwi rodzice, o których także niebawem wam opowiem. Kiedy wzięłam do ręki Zagadkową kopertę… od razu zaczęłam się zastanawiać, czy we współczesnym świecie jeszcze ludzie listy piszą? Zdarza wam się pisywać listy, czy zdecydowanie częściej korzystacie z udogodnień techniki i piszecie e-maile albo sms-y? No, przyznać się, kto jest leniuchem? Od najmłodszych lat uwielbiałam pisać listy, Pamiętam z jaką niecierpliwością oczekiwałam na listonosza, a kiedy już go wypatrzyłam, to patrzyłam przez okno, czy wrzuca coś do mojej skrzynki. A potem leciałam jak na skrzydłach, żeby zobaczyć kto tym razem do mnie napisał. Kiedyś wszystko było inne. Jeśli poznawałam  nowe osoby, to nie wymienialiśmy się numerami telefonów, ale właśnie adresami pocztowymi. Z moją najlepszą przyjaciółką kiedyś przez całe wakacje pisywałyśmy do siebie listy, które miały czasem po 10 stron. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale z tą przyjaciółką widywałam się praktycznie codziennie Jednak list zawsze był czymś ważnym, intymnym, prawdziwym. Czasem w listach pisało się o skrywanych tajemnicach, o prawdziwych uczuciach. Do dziś w wielkim pudle mam wszystkie listy z czasów podstawówki i liceum i często do nich wracam. Śmieję się wtedy z własnej głupoty i problemów, które tak naprawdę problemami nie były. Czytam wciśnięta w kąt listy miłosne od moich chłopaków i chwilami potrafię odtworzyć te wszystkie piękne chwile, które spędziliśmy razem. Niektóre listy jeszcze pachną tymi ludźmi. Naprawdę nie ma wspanialszych wspomnień i na pewno żaden e-mail nie jest w stanie zastąpić zwykłej kartki papieru i pióra…

 

 


 

W torbie listonosza jak zwykle znajduje się mnóstwo listów, kartek, paczek i paczuszek, które musi dostarczyć do odpowiednich adresatów. Sami przyznacie, że noszenie tak przepastnej torby wymaga wiele wysiłku. Listonosz Artur swoją pracę rozpoczyna bardzo wcześnie, gdyż przed rozwiezieniem listów musi je posegregować. Pracę rozpoczyna od ulicy Złotego Dębu. Trafia do rodziny Bieliśkich i wręcza im kartkę z kwiatami. I po chwili oczywiście listonosz Artur dowiaduje się jakie wieści zawiera kartka. Jednak musi iść dalej. Jedynie przed wyjściem pyta się, czy ktoś z nich zna państwa Figuerasów. Do kolejnego mieszkania Artur wnosi dużą paczkę, w której znajdują się dżemy, cukierki i inne przetwory od babci. Niestety adresaci nie cieszą się z tych smakołyków, o czym dokładnie dowiaduje się listonosz, gdyż państwo Betazzi namawiają go, by skosztował i zachwalał te cuda. Może dzięki temu ich dzieci z rozkoszą zjedzą te smakołyki? Nie byłabym tego taka pewna. W każdym razie listonosz jeszcze pyta o państwa Figuerasów i udaje się do kolejnego mieszkania.
 
 
 
 
 
 
I tak wędrujemy razem z listonoszem Arturem i dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o mieszkańcach. Niektórzy z samotności sami wysyłają do siebie kartki, inni proszą Artura by w czymś im pomógł, a dzieci na podwórku jeżdżą z Arturem na jego rowerze. Listonosz jest częścią tej małej społeczności. Jednak co się stanie z tajemniczą przesyłką do niejakich państwa Figuerasów, o których nikt nic nie słyszał? Musicie przeczytać koniecznie.

Wspaniałym uzupełnieniem całości są ilustracje, na których znajdziemy pełno różnego rodzaju znaków pocztowych: stemple, awiza, priorytety czy znaczki pocztowe. Zresztą już na okładce mamy doskonale przemyślany znaczek pocztowy, w który możemy wsadzić paluchy. A na samym końcu znajdziemy mnóstwo znaczków-naklejek. Może właśnie ta książka stanie się swego rodzaju inspiracją i motorem napędowym dla Was i Waszych dzieci, żeby powrócić do tradycji pisania listów. Polecam gorąco.
 
 
 
Zachęcam do odwiedzenia strony motyle książkowe.