wtorek, 6 października 2015

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie?

No to ładnie.
Wakacje już dawno się skończyły.
Ba! Już jesień trwa, a na blogu głucho i pusto.

Powiem szczerze, że nie wiem czy wrócę do blogowania. Już trochę ten wirtualny świat mnie przeraża. Pełno blogów książkowych, filmowych czy parentingowych. Od wyboru można oszaleć.
Teraz jak się nie ma markowych ubranek dla niemowlaków i wózka za 5 tysięcy, to praktycznie się nie istnieje. Nie chcę nikogo oceniać ani krytykować, ale po prostu ten świat w Internetach mnie odstrasza.
Bardzo chciałabym zmienić wygląd bloga, jednak zupełnie nie wiem jak się za to zabrać. Może znajdzie się ktoś, kto mógłby mi pomóc? Czasem naprawdę się zastanawiam, jak udało mi się założyć bloga.
Stosy książek rosną i już nie mam ich gdzie upychać. Macie jakieś pomysły na przechowywanie?
 
Pozdrawiam
A.

środa, 17 czerwca 2015

Pasta, szczotka...,czyli jak się u nas na wsi śpiewało

...kubek dynamitu, jedna zapałka i już po krzyku
 
 
 
 
 
 
 
Autor: Pittau & Gervai
Tytuł: Zęboszczotki
Wydawnictwo: Babaryba
Liczba stron: 60

 

Lubicie myć zęby? Może inaczej powinnam sformułować pytanie, czy wasze dzieci lubią myć zęby? U nas z tym różnie bywało. Kiedy córka była młodsza, to nie trzeba było jej specjalnie do tego namawiać. Ale teraz ciągle trzeba ją przekonywać. W łazience jest chyba z dziesięć różnych szczoteczek, kubeczków a o pastach nawet nie wspominam. W każdym razie póki co ten system działa i sprawdza się. Z młodszym synkiem problemów póki co nie ma, może dlatego, że dostał ode mnie różowa szczoteczkę do zębów. Kto powiedział, że różowy jest zarezerwowany dla dziewczyn?

 

- Mamo, to świninka też myje swoje zęby?- zapytała moja córka

- Tak kochanie, świninka też musi myc swoje żeby.

 

Nie wiem, czy ta świninka przekonała tak do końca moją córkę do mycia zębów, ale jeśli tak, to dziękuje wszystkim świnionkom. Naprawdę nie wiedziałam do ostatniej chwili, co ta niepozorna książka w sobie zawiera. Znajdziemy w niej przegląd szczoteczek do zębów dla prosiaków, strażaków, dzieci, dla chorego, dla królika, dla pianisty, dla piekarza czy dla cukiernika. Wszystkie szczoteczki posiadają jakiś charakterystyczny szczegół, w zależności do kogo należą. Mamy więc szczoteczki w kształcie pianina, trąbki czy bagietki. Słowa są tutaj ograniczone, ale myślę, że nawet  bez nich książka spełniłaby swoją rolę.

 

Wydaję mi się, że jest top genialny pomysł, żeby zachęcić najmłodszych do mycia zębów. W każdym razie każdy znajdzie w niej cos dla siebie. Choćby uśmiech. Zresztą sami zobaczcie:
 







Oj, porywać się na pisanie doktoratu i to w dodatku w innym mieście nie jest łatwym zadaniem. Trzymajcie za mnie kciuki, abym wytrwała te ciężkie początki. Jeśli macie ochotę na buszowanie wśród świetnych i niebanalnych książek, to zapraszam do mojej ukochanej księgarni Motyle książkowe.



 

piątek, 22 maja 2015

W lesie same dziwy


 
 
Autor: Justyna Styszyńska
Wydawnictwo: Widnokrąg
Liczba stron: 32

 

Wiem, że dawno nie zaglądałam na bloga. Musicie mi to jednak wybaczyć. Pisanie pracy podyplomowej, kiedy wokół kręci się dwójka dzieci, nie jest zadaniem łatwym do wykonania. Nie mogłam w domu znaleźć żadnego spokojnego miejsca, a jeśli udało mi się zamknąć drzwi od pokoju, to musiałam się liczyć z ciągłym pukaniem w drzwi. W każdym razie studia zakończone i zabawę kontynuujemy dalej. Zaszaleję, a co! Zaproponowano mi pisanie doktoratu, więc postanowiłam się zgodzić. Wiem, że jest to szaleństwo, ale cieszę, że będę mogła wykorzystać swoją wiedzę i pasję. Na zakończenie studiów mój profesor powiedział bardzo mądre zdanie: Nie ma nic wspanialszego jeśli w pracach, które się czyta jest serce i rozum. Nie ma nic gorszego jeśli jest jedynie serce albo rozum. Wydaje mi się, że chyba we wszystkim musi być mieszanka serca i rozumu. Życzę sobie powodzenia w pisaniu doktoratu i już na początku lipca wyjeżdżam na kilka dni do Czech w związku z tematem mojej pracy.



 

A dziś zachęcam was do przeczytania najnowszej książki z Wydawnictwa Widnokrąg. My, rodzina leśników uwielbiamy las, a przede wszystkim wszystkie zwierzaki i te duże i te małe. Ślimaki zbieramy z córką codziennie. Pewnego dnia rozpierzchły się po całym domu. Dwa zawędrowały na lodówkę a kolejne dwa na łóżeczko Adamsa. Całe szczęście, że synek ich nie połknął. Jeden ślimak zaszalał jeszcze bardziej i wdrapał się na sufit. A co znajdziemy w książce? Na stronach przeczytamy krótko o najczęściej spotykanych leśnych zwierzętach- o sowie, rysiu, dziku, jeleniu, borsuku. Oprócz tego dzieciaki mogą sobie stworzyć własnego zwierzaka z naklejek, które znajdują się na końcu książki. Zwierzaki cudaki: borsuko-lis może wyglądać naprawdę interesująco. Moje dziecko tworzy ostatnimi czasy takie szalone zwierzaki.

 

Niewielkich rozmiarów książeczka odrywa przed dziećmi i rodzicami świat leśnych zwierząt. Doskonale zilustrowana zaprasza do poznawania i poszukiwania, do tworzenia. Polecam wszystkim.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

takie tam

Szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem
 
/Jarosław Borszewicz/

czwartek, 16 kwietnia 2015

Wiosna, wiosna. Wiosna ach to ty!


 
 
 
 
Autor: Blexbolex
Tłumacz: Anna Topczewska
Tytuł: Ballada
Wydawnictwo: Wytwórnia
Liczba stron: 280

 

Tak zaskakującej książki dawno u mnie nie było. Kiedy mąż otworzył Balladę od razu się zapytał, skąd to mam. I jak to on, musiał swoje trzy grosze wtrącić:

 

-No nie, mamy w domu książkę, na której zapisane jest jedno słowo? Różne mamy w swoim zbiorze, ale ta przeszła wszystkie.

 

Uwagi mojego męża może nie zawsze są odkrywcze i wysokich lotów. Czasem jednak potrafi dostrzec w książce, coś czego ja nie widzę. Tym razem nie udało mu się mnie zaskoczyć. Wiosna za oknami, a my mimo wszystko czytamy jeszcze więcej. Już nie panuję nad książkami. Też tak macie? Czy tylko ja jakaś nieogarnięta jestem? Ballada to książka dla dzieci i rodziców z wyobraźnią. Bez niej nawet nie otwierajcie pierwszych stron.

 

To historia, którą mogę tworzyć wszyscy. Każdy dopowiada dalszą część, oczywiście nie możemy pominąć tego, co już zostało opowiedziane. Warto na samym początku uświadomić sobie, czym jest właściwie ballada. We wstępie czytamy: ballada to stara pieśń. To historia, którą opowiada kilka osób po kolei: każdy dodaje coś od siebie, ale nie pomija nic z tego, co już zostało opowiedziane. Wiemy już skąd się wziął pomysł na książkę, w której autor właściwie bawi się formą ballady. Narracja jest ograniczona do minimum i jedyna wskazówką dla nas są podpisy i ilustracje. Brnąc dalej i dalej, uświadamiamy sobie, że świat, w którym żyjemy jest ogromny i ciężko zrozumieć i poznać go dokładnie. Ba! Świat, w którym żyjemy jest magiczny i tajemniczy. Czytamy: szkoła, droga, dom, policja, nieznajomy, wypadek, omen, defilada, żołnierz, skrzat, czarownica, zaklęcie… Z każdą chwilą świat rośnie na naszych oczach, przekracza wszelkie granice. Najlepsze, że każdego dnia nasza historia może wyglądać zupełnie inaczej. Wciąż na nowo możemy zaczynać opowiadać.
 
 
 
 
 
 
 
 

 
Zachęcam do tworzenia i ciekawa jestem Waszych wrażeń.

 

 

Ostatnio trochę mnie mniej, bo jakby tu napisać, żeby zbytnio się nie przechwalać… Hm… Tak że tego…doktorat zaczynam pisać, prawie…

czwartek, 2 kwietnia 2015

Niekalendarz i niby-życzenia od niby-blogerki.


 
 
Autor: Wojciech Widłak
Ilustracje: Paweł Pawlak
Tytuł: Niekalendarz.
Wydawnictwo: Czerwony Konik
Liczba stron: 128

 

Tak, wiem że nie pisałam, ale ostatnio u mnie gorący okres (dziwna zbitka językowa). Przez tydzień byłam u brata w Edynburgu (niebawem zdjęcia), teraz trwają przygotowania do świąt, a oprócz tego muszę w końcu napisać pracę podyplomową. Nie wiem skąd mam wziąć czas na to wszystko, tym bardziej, że dwójka dzieci nie za bardzo kuma, że mama musi cos pisać na komputerze. Chyba będę musiała wynająć pokój nad morzem na jakiś weekend i naskrobać coś w miarę ciekawego. W każdym razie ważne, że temat pracy już mam wymyślony, a to połowa sukcesu. Dobra tyle o mojej prywatności. Dziś chciałabym Wam pokazać, jak bardzo można być zakręconym i obdarzonym niezwykłą wyobraźnią. Bo kto, pytam się kto, może stworzyć coś takiego? Nie jest to książka, ani kalendarz, ani notes. Sami zobaczcie i oceńcie, bo nie chciałabym nikomu niczego narzucać.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Kiedy Niekalendarz  trafił w moje ręce, to bardzo się ucieszyłam, że w końcu będę miała coś na swojej notatki. Każdego roku mam postanowienie, żeby notować w jednym miejscu. Niestety nie wychodzi mi to w ogóle, bo zapominam, że miałam notować. Jednak po pierwszym przejrzeniu niby-kalendarza miałam mętlik w głowie. Co to jest? Zadawałam sobie to pytanie w głowie, robiąc jednocześnie dość głupia minę. Powiem Wam jedno, nic nie jest tu normalne i prawdziwe. Abstrakcja i totalne szaleństwo autora i ilustratora potrafią wprowadzić czytelników w swego rodzaju odrętwienie. Zaczynamy się zastanawiać, co jest prawdą, a co jedynie wymysłem. Można powiedzieć, że książka ta służy do czytania i rozwiązywania zadań, czasami bardzo twórczych. Jeśli więc wybieracie się w daleka podróż lub w najbliższym czasie będziecie na nudnym spotkaniu, to warto zabrać ze sobą Niekalendarz.

Już na pierwszych stronach znajdziecie na przykład skrócony kalendarz na wybrane lata. A co, nie można roku potraktować wybiórczo? Strony zapisane są takimi ciekawostkami, że aż trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na taki pomysł. Dzienne zapotrzebowanie na majonez, naczelne organy władzy i administracji Republiki Majonezji, mapa sieci internetowej Polski, a nawet linki do ważnych serwisów. Całe szczęście, że podział na miesiące jest kompletny. W ramach danego miesiąca znajdziemy po bokach stron motto tygodnia. Jedno z moich ulubionych to: Każdy świat ma dwa końce. Oprócz tego szereg zabaw literackich albo praktycznych porad może nas rozbawić do łez. Uwaga pytanie. Do czego nie służy mydło? Do prowadzenia sklepu typu 1001 drobiazgów. Normalnych imion w kalendarzu tez nie znajdziecie. Imieniny Bazaltara, Granita, Marmura, Placka, Kalafiora, Rabarbara, Tatarzyny, Wandala, Smarkadiusza, Golfganga, Chrapolda, Żeroniki. Na nudę nie macie co narzekać. W między czasie możecie znaleźć sporo rozrywek umysłowych. Kto wie, może wam się uda odnaleźć drogę odkrywczych myśli w głowie profesora Kurzawki? Wpis 20 kwietnia mnie rozbawił najbardziej: 20 kwietnia 1922 znakomity wynalazca Thomas Alva Edison wymyśla teściowej. Na każdej stronie same kwiatki.
 
 
 
 
 


Rewelacyjna pozycja w sumie dla każdego domownika, jednak chyba dla dorosłego domownika, która cos o tym świecie już wie. Ilustracje Pawła Polaka zaskakują kreatywnością i świeżością. Jeśli będziecie chcieli nauczyć się obcego języka np.: nepalskiego, to rozmówki zamieszczone w kalendarzu na pewno Wam pomogą. Zachęcam do czytania.
 
Moi drodzy czytelnicy, życzę Wam wszystkiego co najpiękniejsze z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Uśmiechów, radości i samych cudownych wspomnień na stare lata.

piątek, 20 marca 2015

Zaćmienie słońca z profesorem Astrokotem


 
 
Autor: Dominic Walliman
Ilustracje: Ben Newman
Wydawnictwo: Entliczek
Liczba stron: 64

 

To zaskakujące, że doktor fizyki i utalentowany ilustrator potrafią stworzyć książkę tak doskonałą, tak zachwycającą. No jak? Się pytam. Książka dopracowana pod każdym względem. Czyta się ją wyśmienicie. A zaćmienie słońca widzieliście? Żałuję, że nie zostałam w Edynburgu, bo tam zaćmienie obejmowało  ponad 90 %. To teraz czekamy na całkowite zaćmienie słońca za jakieś sto lat. Może doczekam? A teraz zachęcam do lektury, choć piękna pogoda zaprasza nas na zewnątrz.
 
 
 
 
 
 

 

Jeśli spodziewacie się, że książka to jakieś historyjki o przygodach kota w kosmosie, to możecie się trochę pomylić. W latach szkolnych nie przepadałam za geografią. Wszystko jednak się zmieniło i zdawałam z geografii maturę. Pamiętam, że uwielbiałam tematy związane z astronomią. Zaczęłam się zaczytywać w podręcznikach akademickich, specjalistycznych czasopismach. Ba! Nawet zbudowałam sama ( no może z pomocą brata) taki niby teleskop. Niestety nie przetrwał do dziś w całości. Ale po przeczytaniu tej książki poczułam dziwne ukłucie w sercu a w głowie zaświtała myśl, że może warto wrócić do astronomii i Wszechświata? Po całym tym wszechświecie będzie was prowadził najmądrzejszy kto pod słońcem. Znakomity naukowiec i opowiadacz. Profesor Astrokot swoją przygodę rozpoczyna od budowy wszechświata, Układu Słonecznego, gwiazd, galaktyk, a kończy na wyobrażeniach o kosmitach. Dowiecie się jak wygląda strój astronauty i czym tak naprawdę się żywią. Czy można zobaczyć czarna dziurę? Czy Jowisz rzeczywiście przypomina arbuza?
 
 
 
 
 
 

 

Genialna książka, w której ilustracje doskonale są wkomponowane w tekst. Tworzą zgrana całość. Nie ma co się rozpływać nad ta pozycją. Musicie ją mieć w swoich rękach i sami się przekonacie. Pozdrawiam.

wtorek, 10 marca 2015

Muki i podróż do Szkocji


 
 
 
 
 
Autor: Marc Boutavant
Tytuł: Muki w podróży dookoła świata. (wcześniej po prostu Muk)
Wydawnictwo: Wytwórnia
Liczba stron: 28

 
- Mamoooooo!
-Tak, słucham.
-Masz ochotę na podróżowanko?
- ????? Hę?

 

Patrzę na córkę zdezorientowana, a ona podnosi książkę Mukiego do góry i już wszystko staje się jasne i oczywiste.

 

Niebawem polecimy w krótką podróż. Wszyscy. Wyprawa zapowiada się ciekawie. Co prawda nie jedziemy, jak Muki, w podróż dookoła świata, a jedynie do Szkocji. Kocham to miejsce, te owce z dzwonkami na każdej polanie, te długaśne trawy na wzgórzach, jeżyny w parku, których nikt nie zrywa, bo przecież jest to trucizna (wg Szkotów), szortbredy, chipsy o smaku octowym. Od lat w Edynburgu mieszka mój najstarszy brat, więc już w czwartek zaczniemy podbijać miasto. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Póki, co od dwóch dni załatwiam jakieś sprawy z biletami. Oczywiście, zawsze muszę mieć jakieś problemy. A to coś się nie drukuje na karcie pokładowej, a to brakuje nazwiska, a to dziecka brakuje.... Takie lotnicze historie. Koszmar. Ale mam nadzieję, że podróż wszystko mi wynagrodzi.


 

Mukiego nie znaliśmy wcześniej. Choć autor, twórca Mukiego, jest znanym we Francji ilustratorem. Chyba zaczynam ograniczać się do literatury na polskim i czeskim rynku wydawniczym. Zaczęłam szperać w Inernetach i okazało się, że motyw Mukiego jest bardzo popularny. Kubeczki, talerzyki, łyżeczki no i bajki. Córka niestety do bajek się nie przekonała. Może i dobrze. Macie ochotę na podróż z Mukim? W każdej chwili możecie dołączyć. Pewnego dnia miś  oświadcza swoim znajomym, że wybiera się w podróż. Możemy śledzić dokładnie jego podróż. Odwiedza Laponię, Estonię, Japonię, Indie, Chiny, Australię, Stany Zjednoczone. W każdym z tych miejsc z miejscowym przewodnikiem zwiedza kraj. Poznaje nowych przyjaciół, nowe słowa, dziecięce zabawy, zwierzęta, których nigdy nie widział. Dowiaduje się ciekawostek o danej kulturze i poznaje podstawowe słowa w obcych językach. Momentami, aż zazdrościmy Mukiemu jego zaangażowania i wielkiej pasji, którą niewątpliwe jest poznawanie i dowiadywanie się czegoś nowego. Ilustracje są dla mnie zbyt krzykliwe. Jednak strony są przepełnione tyloma szczegółami, że po kilku chwilach kolory bledną. Czcionka też wydaje mi się trochę za mała i tekst jest za bardzo rozproszony. Ale to tylko mała uwaga, bo w końcu najważniejszy jest obraz i zabawa w wyszukiwanie.
 
 
 
 



 



Muki nas zaintrygował i nakłonił do rozmów o podróżach. I czasem po prostu otwieramy sobie atlas i wędrujemy tak placem po mapie… Miłego dnia, czytelnicy.

niedziela, 1 marca 2015

Poniedziałkowe zawinacze

I po raz kolejny garść ciekawostek. Mam nadzieję, że weekend minął Wam wiosennie. My poszliśmy na lodowisko, bo wiosny nie chcemy! A taki bunt!

1. Zobaczcie dziewczynę, która bezbłędnie potrafi naśladować mimikę twarzy znanych osób.
2. Jesteście ciekawi, jak może wyglądać 200 kalorii? Zobaczcie sami i wyciągajcie wnioski.
3. A może macie ochotę na torbę albo ołówek z cytatem? Znacie ten sklep? Polecam, bo pomysłodawczynią jest moja koleżanka ze studiów. Warto tam zaglądać.

To tyle na dziś. Wiem, że kiepsko, ale dopiero się rozkręcam.

piątek, 27 lutego 2015

Pazurzaki, czarodzieje i kupa śmiechu








Autor: Margarita del Mazo
Tytuł: Pazurzak
Ilustracje: Charlotte Pardi
Wydawnictwo: Tako
Liczba stron: 36

 

 

Chyba już wszyscy wiedzą, że Tako to moje najukochańsze wydawnictwo. I nic tego nie zmieni. Kolejna znakomita książka, która tak nas rozbawiła, że ledwo żeśmy się otrząsnęli z tych uśmiechów. Co wieczór przed snem córka jak zawsze wybiera tytuły do czytania. Czasami uzbiera spory stos, a zasypia po pierwszej stronie. Czasem jednak czytamy godzinę albo dwie i nic. A w ten książkowy wieczór, kiedy w nasze ręce wpadł Pazurzak nikt nie mógł zasnąć. Śmiechom i chichom nie było końca. Dopadła nas swego rodzaju głupawka. Póki co, zaczytujemy się w Jasiu i Małgosi. Tu żartów nie ma. Jeśli chcecie poznać Pazurzaka, to zapraszam.


 
 
 
 
 
 
 
 

 

Pazurzak to czarodziej. Jednak kiedy mu się bliżej przyjrzeć, to ani trochę nie wygląda na czarodzieja. Gruby, brzydki, z długaśnymi pazurami i z próchnicą w każdym zębie. Aż patrzeć się nie chce. Mieszka samotnie w górskiej chacie i tylko w czasie pełni księżyca schodzi do wioski, by pożerać małe dzieci. Nie ma co, zadanie iście czarodziejskie. W każdym razie strach w czytelniku rośnie z sekundy na sekundę. Czekamy, co będzie dalej. Pazurzak właśnie staje przed swoja kolejna ofiara, która smacznie śpi w łóżku. I już ma ja porwać, gdy puszcza ogromnego bąka. Bąk musiał być głośny, bo mała dziewczynka Blanka obudziła się natychmiast. Jednak jak sami zobaczycie, ani trochę nie przeraziła się widokiem Pazurzaka. Zagadywała go na wszystkie możliwe sposoby. Nie bała się jego pazurów, który były naprawdę długaśne. Ba! Blanka nawet nazwała go Wujkiem Niechlujem i skrytykowała jego wygląd. A jak skończy się cała historia? Nie mogę zdradzić i pozwolę tylko życzyć Wam miłej lektury.

 

Ilustracje zachwycają, jak zawsze zresztą. Pełne szczegółów kolaże, w których znajdziemy ślady farb, kredek czy wycinanek.  Wiem, że chwalę i chwalę, ale taka jest prawda. Pozdrawiam i życzę miłego weekendu. My wybieramy się na lodowisko. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam jak jeździ się łyżwach. To tak samo jak z rowerem, że się nie zapomina?

sobota, 21 lutego 2015

Poniedziałkowe zawinacze

Postanowiłam trochę urozmaicić mojego bloga i dlatego w każdy poniedziałek będę zamieszczała na blogu ciekawe linki. Cały cykl będzie się nazywał Zawinacze. Niebawem Wam wyjaśnię skąd taka nazwa. Ci co mnie znają, pewnie się domyślają czeskiej pożyczki językowej. Od razu zaznaczam, że linki nie zawsze będą związane z książkami.
 
Matko, do czego te internety nas zaprowadzą?!
 
1. Wiem, że już po świętach i pewnie wszyscy z Was widzieli ten filmik z Bradem Pittem. Oczywiście z przymrużeniem oka. Nie ma to jak coroczna walka o karpia.
 
 
 
 
2. A może wybierzecie się w niezwykłą podróż, na niezwykłą wyspę królików?
 
3. A tego bloga pewnie znacie. Tylko ja jestem zacofana. Świetny pomysł. Też często mnie korci, żeby porozmawiać z kimś w tramwaju, albo autobusie.
 
4. I kilka ciekawych przystanków autobusowych. Ten z huśtawką podoba mi się najbardziej.
 
5. I na koniec coś czeskiego. Krótki dialog (po polsku!). Szmaticzku na paticzku i elektronicky mordulec, to przeszłość :)

 

piątek, 20 lutego 2015

Pingu-Pingu weekendowo

 
Ilustracje: Helen Hancocks
Wydawnictwo: Łajka
Liczba stron: 32
 
U nas pingwiny bardzo kochamy. Oczywiście koty i psy także, ale pingwiny najbardziej. Wszystko dlatego, że mamy jednego takiego u siebie w domu. Dziwicie się jak można trzymać pingwina w domu? Bardzo proste. Nasz pingwin, nazywany potocznie Pingu-Pingu, to po prostu inhalator w kształcie pingwina. Przez ostatnie miesiące był przez non stop wykorzystywany. Odetchnęłam z ulgą, kiedy mogłam w końcu tego naszego przyjaciela spakować do pudełka, ale żeby nie było tak domownikom smutno, to od razu przypomniałam sobie, ze mamy przecież książkę o pingwinie. No i takim sposobem świecącego Pingu-Pingu, zastąpił uciekający pingwin. Wplątał się w niemałe kłopoty i miał na karku trzy głodne koty, ale pamiętajcie pingwiny to spryciarze. Zachęcam do lektury.
 
Pewnego dnia trzy głodne kociaki wpadły na genialny pomysł. No tak, plan planem, ale żeby odniósł sukces potrzebny jest… pingwin. A skąd wziąć pingwina? No jak to skąd? Z zoo. W końcu i tak taki pingwin nic ciekawego w zoo nie robi. Pingwin jednak wcale nie jest głupi. Sprytnie ucieka i ukrywa się w tłumie. A to wśród zakonnic, a to wśród kelnerów. Tylko czy uda mu się uciec przed trzema głodnymi kotami? I przede wszystkim, czy zdąży wrócić do zoo na kolację. Przecież nikt nie opuszcza kolacji!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Helen Hancocks zadebiutowała i podbiła nasze serca. Jej ilustracje są zaskakujące, przemyślane i bardzo dynamiczne. Lubię spoglądać na ilustracje i czuć, że te obrazy przed moimi oczami rzeczywiście się poruszają. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o autorce to zapraszam Was na jej blog.
 
 
 
 
 
Wydawnictwo Łajka po raz kolejny zaserwowało nam wyśmienitą ucztę książkową. Taki trochę mini kryminalik w wersji dla dzieci. I te pytania rodzące się w głowie, czy pingwin zdąży uciec przed kotami, czy zje kolację, czy pójdzie spać głodny? Zachęcam do przeczytania.











czwartek, 12 lutego 2015

Przygody latającej myszy



 

 

Autor: Torben Kuhlmann
Tłumaczenie: Marta Krzemińska
Tytuł: Niezwykłe przygody latającej myszy.
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
Liczba stron:

 

Każdy z nas ma marzenia. Jeden małe, maleńkie inny wielkie, tak wielkie, że aż sięgają chmur. Moja prababcia ratowała życie Żydom, ukrywała ich w piwnicach. Ukrywała, broniła, bo wiedziała, że chce ratować życia ludzkie. Robiła to dzielnie do końca, a w swoim pamiętniku napisała słowa, które skierowała do swojej córki: Cecylio, nigdy przenigdy się nie poddawaj i nie zamykaj oczu i serca, bo świat jest piękny. Jest. Jeśli w to uwierzysz zdołasz osiągnąć wszystko. Te słowa są przekazywane u nas od pokoleń i mimo, że nie są one ani bardzo odkrywcze, ani nowatorskie, to są prawdziwe. Są to słowa mojej prababki, którą pamiętam jak przez mgłę. W wąskim korytarzu pełnym zdjęć widzę, jak opowiada mi kim był ten mały chłopiec i co się z nim stało po wojnie. Ja to wciąż widzę i wiem, że wszystko co robimy ma sens i nie możemy się poddawać. Być może wzorem do naśladowania będzie dla Was pewna maleńka myszka?

 

Charles Lindbergh jako pierwszy człowiek na świecie samotnie przeleciał nad Atlantykiem bez międzylądowania. Było to w 1927 roku. Prawdopodobnie zainspirował się pewnym francuskim pilotem, który podjął nieudana próbę pokonania samolotem trasy ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Jednak czy na pewno tylko nim się inspirował? Być może prawda jest zupełnie inna. Wszystko zależy, jak spojrzymy na historię małej, dzielnej myszy-pilotki.

 

Mysia historia jest krótka i mało skomplikowana. Mysz, jak to mysz była ciekawa świata. Potrafiła godzinami przebywać w bibliotekach i czytać mądre książki napisane przez ludzi. Powiecie, że naczytała się maleńka i poprzewracało jej się w głowie? Nic bardziej mylnego. Mysz od początku wiedziała czego chce. Pewnego dnia, kiedy wróciła z biblioteki nie zastała w starej kamienicy żadnej innej myszy. Gdzie one się wszystkie podziały? Przecież ludzie nie byli tacy źli, co najwyżej trochę krzyczeli jak zobaczyli jakieś myszy, albo przeganiali je miotłą. Jednak tego dnia w kamienicy pojawiły się groźnie wyglądające urządzenia. Świat przestał być bezpieczny. Przez tygodnie mysz śledziła informacje o nowych pułapkach na myszy i zastanawiała się, gdzie podziali się jej wszyscy przyjaciele? Może uciekli do Ameryki? I tak zaczęła się niezwykła przygoda małej myszy, która za wszelka cenę chciała dostać się do Ameryki. Jednak wejście na prom wcale nie było łatwym zadaniem, bo zewsząd czyhały niebezpieczeństwa. Koty, nietoperze… I to właśnie nietoperze natchnęły naszą bohaterkę do stworzenia maszyny latającej. Pierwsze próby nie były udane. Dzielna mysz jednak się nie poddawała. Pracowała ciężko i aby zdobyć potrzebne materiały zapuszczała się coraz dalej od domu. Pośród rozmaitych rupieci, które podkradała ludziom, powstawała maszyna latająca. Czyżby upragniona Ameryka była na wyciągnięcie ręki? Niestety podczas próbnego lotu okazało się, że nowy pojazd ważył zbyt wiele. Próba lotu jednak została zauważona przez ludzi, w gazetach pisano o latającej myszy. Nasza bohaterka pracowała dalej, jeszcze ciężej. Podejmowała kolejne próby, czytała, walczyła ze swoimi ułomnościami i upadkami. Czy w końcu dopnie swego?



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Niesamowita książka, w której znakomite ilustracje uzupełniają treść. A właściwie tekst umiejętnie splata się z ilustracjami i tworzy obraz doskonały, w którym niczego nie brakuje. Znakomita kreska i wyobraźnia bronią się same za siebie. Tekst. Mam jedynie zastrzeżenia, co do formy. Może lepiej prezentowałaby się książka, gdyby tekst był w inny sposób rozmieszczony. Może bardziej rozproszony? Historia dzielnej myszy bardzo mnie wciągnęła. Wiem, że warto mieć marzenia, ba! wiem, że czas zacząć je spełniać. A co dla Was jest Ameryką?


Za książkę dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Bo na wsi jest pięknie, czyli jak zaprzyjaźnić się z glebogryzarką.





Autor: Julia Rothman
Tłumaczenie: Barbara Burger
Tytuł: Anatomia farmy. Ciekawostki zżycia na wsi.
Wydawnictwo: Entliczek
Liczba stron: 224

 

W głębi duszy czekałam na tę właśnie książkę. Wiedziałam, że w pewnym momencie będę jej potrzebowała, żeby pokazać dzieciom, że jabłka naprawdę rosną na drzewach, a mleko daje krowa. Ba! Wiedziałam, że będę jej potrzebowała, żeby pokazać dzieciom czym jest ośnik, sierp czy rydel. Tak, wychowałam się na wsi. Nie wiedziałam dokładnie czym jest teatr, o kinie jedynie marzyłam i w sumie nie do końca wierzyłam w jego istnienie. Samochód? Po co, przecież mamy konie (najładniejsze we wsi). Nie byłam zacofanym dzieckiem. Wiedziałam, co tam w miastach się wyrabia, że tam więcej samochodów, niż traktorów i zaprzęgów konnych. Wiedziałam, że są restauracje (tylko po co!!!), kina, teatry, parki (a co to?). Wiedziałam, ale ani trochę nie potrzebowałam tego do szczęścia. Wystarczyły mi gorące ziemniaki gotowane w mundurkach i zsiadłe mleko, które zresztą rewelacyjnie sprawdzało się na poparzenia słoneczne. Uwielbiałam zabawy w chowanego w stodole na sianie. I ten krzyk dzieciaków, kiedy ktoś zobaczył myszy. Pamiętam codzienne wędrówki na pastwisko z krowami. Pamiętam, że po drodze zawsze zbieraliśmy maliny albo jagody  i nabijaliśmy je na źdźbła trawy. Chłopcy zawsze wesoło pogwizdywali, a dziewczyny omawiały jakieś „dziewczyńskie” sprawy. No tak… i te ciepłe krowie placki. Wystarczyła chwila nieuwagi. Maleńka chwileczka i trzeba było czekać, aż dojdzie się do stawu, żeby umyć stopy. Bardzo żałuję, że nie mieszkam teraz z dziećmi na wsi. Tam czas naprawdę płynie inaczej. Jeszcze jedną historię Wam opowiem. Pewnego razu mój młodszy brat wybrał się z kolegą na jakieś łąki, gdzie rosły dzikie czereśnie. Mieli wtedy 8 lat, były wakacje. Niestety długo nie wracali, nikt nie wiedział dokładnie gdzie poszli. Panika w domu, panika we wsi. Dzieci zaginęły. Już prawie rodzice chcieli dzwonić na policję, kiedy zza zakrętu wyłonił się mój brat z kolegą. Uśmiechnięci od ucha do ucha. I na pytanie, czemu wracają tak późno odpowiedzieli zgodnym chórem. Przecież na łące nie ma zegarków!? Oczywista, oczywistość prawda?
 
 

 

Julia Rothman udowadnia w swojej książce, że czas na wsi płynie zupełnie inaczej. To nie zegarki odmierzają czas, a pory roku. A może czas jakoś magicznie się wydłuża, bo chwilami wydaje się, że jest go aż nadto. Dzięki tej książce autorka starała się poznać lepiej życie swojego męża Matta, który wychował się na farmie w stanie Iowa. Autorka swoja wiedzą naprawdę mnie zachwyciła, bo myślałam, że w tych Stanach, to już kompletnie nic nie wiedzą. Książka jest podzielona na siedem rozdziałów, więc łatwo się w niej odnaleźć. Jest to książka, którą dosłownie się pochłania. Przecież nie ma nic przyjemniejszego niż czytanie o czymś, co naprawdę widziałam, a co dla niektórych jest wciąż tajemnicą i wielką zagadką. Bo czy ktoś z Was wie, do czego służy śrutownik, albo jak zbudowany jest kombajn? Albo czym różnią się brony siatkowe od talerzowych? Anatomia farmy to niezwykły przewodnik, który przyciąga prostymi ilustracjami. Autorka w sposób zrozumiały i przystępny objaśnia wiele kwestii. Najbardziej spodobały mi się w książce ilustracje przedstawiające  budowę konia, albo krowy. W książce znajdziemy także mnóstwo porad dotyczących gotowania czy pieczenia. Możecie prześledzić dokładnie, jak porcjować kurczaka, albo na czym polega wypiekanie chleba.
 
 

 

Skarbnica dla wszystkich spragnionych wiedzy. Dla młodych i starszych. Gwarantuję, że kiedy Wasze dzieci zobaczą, jak zbudować tipi z fasoli, to pomyślicie o przeniesieniu na wieś. Polecam czytanie z lupą. Książkę znajdziecie TUTAJ.
 
 
Po chorobach i pobytach w szpitalach w końcu wracam. Umęczona i chyba ze sto razy przeciśnięta przez maszynkę do mięsa. Mam nadzieję, że jeszcze tu zaglądacie. Niebawem konkurs.