środa, 30 stycznia 2013

List w butelce





Autor: Agnieszka Sobich
Tytuł: List w butelce
Ilustracje: Marta Kurczewska
Wydawnictwo: Ezop
Liczba stron: 32


Kiedy tylko zobaczyłam okładkę tej książki od razu na mojej twarzy zagościł uśmiech. Wiedziałam, że będzie to niezwykła historia. Na ilustracji z okładki widzimy ogromna butelkę z korkiem. Niby nic niezwykłego. Ale w środku zamiast listu znajduje się zdziwiony królik, pirat i różowy słoń, który ledwo się tam zmieścił. Kiedy byłam małą dziewczynką zawsze marzyłam, żeby znaleźć na brzegu morza tajemniczą butelkę z listem, oczywiście najlepiej miłosnym.

Na plaży mała dziewczynka budowała zamek z piasku. W czasie pracy nagle zauważyła, że coś zalśniło. Zdmuchnęła więc włosy z czoła i wstała. Może to jakiś skarb? Ruszyła w stronę plaży jednak niczego nie zauważyła. Ale po chwili zauważyła zakopaną w piasku butelkę. W zielonej butelce znajdował się list, więc czym prędzej dziewczynka go wyciągnęła i odczytała na głos:

Zapraszam na podwieczorek o piątej.
Będzie herbatka i ciasteczka czekoladowe.

Oczywiście dziewczyna zaczęła się zastanawiać, kto wysłał to zaproszenie, w liście nie było żadnego podpisu. Niezwykła wyobraźnia dziewczynki sprawiła, że na horyzoncie ujrzała okręt i to w dodatku piracki okręt. Czyżby niebezpieczny pirat wysłał zaproszenie? Nie, piraci raczej nikogo nie zapraszają na podwieczorek. A może zaproszenie wysłał różowy słoń? Przecież każdy wie, że różowe słonie uwielbiają ciasteczka czekoladowe. Jednak herbatka w filiżance nie pasowała do niezdarnego słonia. Jesteście choć trochę zainteresowani, kto wysłał zaproszenie? Zachęcam do lektury.

Pięknie opowiedziana historia i przede wszystkim doskonale zilustrowana. Najbardziej podobał mi się kot, a właściwie jego szeroki uśmiech. Wyglądał zabawnie, bo miał przerwy między zębami. Historia o potędze wyobraźni, która sprawia, że wszystko wokół nabiera innych barw. Czasem warto dać się ponieść własnym marzeniom i wyobrażeniom.

wtorek, 29 stycznia 2013

Na zakupy z Melą




Autor: Eva Eriksson
Tytuł: Mela na zakupach
Ilustracje: Eva Eriksson
Wydawnictwo: Zakamarki
Liczba stron: 28


Kolejna Zakamarkowa książka, która w ostatnim czasie trafiła w moje ręce. Tym razem chciałabym was zaprosić na wspólne zakupy razem małą świnką Melą. W końcu pierwsze zakupy to zaszczyt. Każdy czuje się wtedy bardziej dorosły, a dodatkowo pierwsze zakupy to duża odpowiedzialność. Kiedy myślę o zakupach, to od razu przypomina mi się historia, która miała miejsce tuż przed minionymi świętami Bożego Narodzenia. Mama wysłała mojego młodszego brata (lat 25) na mięsne zakupy do większego miasta. Dostał listę i dokładne wytyczne, co i gdzie. Miał m.in. kupić szynkę, taką żeby upiec, a potem ze smakiem zjeść. Jednak dla mojego brata nie było takie jasne. Wrócił z zakupów i zamiast boczku wędzonego, kupił surowy, a zamiast szynki, kupił 4 kg szynki kanapkowej. Zwykłej wędliny po prostu. Mama się załamała, a ja do dziś nie mogę przestać się śmiać, kiedy na stole pojawiły się ogromne kule szynki. To tyle tytułem wstępu. Miejmy nadzieję, że Mela poradzi sobie z zakupami o wiele lepiej.

Babcia wysłała Melę na zakupy do sklepu z warzywami. Mela była już dość duża i mądra, żeby wybrać się tak daleko od domu. Dostała od babci portmonetkę i miała jedynie kupić woreczek fasoli. Mela szła dumnie chodnikami miasteczka z portmonetką w ręce. Wszyscy widzieli, że idzie na zakupy. Przecież nie każdy jest taki duży i mądry, żeby chodzić na zakupy, jak Mela. W sklepie warzywnym był wielki tłok. Jedne panie wchodziły, inne wychodziły. Nikt nie zwracał uwagi na małą Melę. Wreszcie nadeszła kolejka Meli. Jednak Mela zapomniała, co miała kupić. Wiedziała, że miał to być woreczek, ale czego? Pani sprzedawczyni podpowiedziała jej, że może przyszła po worek ziemniaków? Meli wydawało się, że tak. Dostała więc wielki worek ziemniaków i wyszła ze sklepu. Wracała ta samą drogą, jednak ten woreczek był bardzo ciężki i nie miała już siły go dłużej nieść. Wróciła do domu zdyszana, a babcia złapała się za głowę. Mela powiedziała, że chciała fasolę, ale sprzedawczyni dała jej worek ziemniaków. Babcia bardzo się zdenerwowała i poszła do sprzedawczyni. A co się stało po powrocie babci?

Bardzo ciekawa historia, która uczy samodzielności, odpowiedzialności, a przede wszystkim, że nie warto kłamać i czasem trzeba się przyznać błędu. Najbardziej jednak podobały mi się ilustracje, trochę zamazane, czasem niedbałe. Polecam.

niedziela, 27 stycznia 2013

Gwiazdka z nieba




Autor: Liliana Bardijewska
Tytuł: Gwiazdka z nieba
Ilustracje: Ewa Poklewska-Koziełło
Wydawnictwo: Ezop
Liczba stron: 40
Rok wydania: 2012

O Lilianie Bardijewskiej pierwszy raz usłyszałam w radiowej Jedynce w piątkowym programie Doroty Koman, która opowiadała o jej niesamowitym talencie i wyobraźni. Nie miałam wyboru i musiałam się przekonać. Ostatnio czytam tylko książki dziecięce, więc musiałam znaleźć książki i tej autorki. W moje łapska wpadła Gwiazdka z nieba. O czym dokładnie jest ta książka? Posłuchajcie.

Był sobie bardzo mały pluszowy miś. I była sobie także mała, tyciutka śnieżynka. Pewnego niezwykłego wieczoru śnieżynka spotkała się z misiem. Nie był to byle jaki wieczór. Mały Tomek, jak wszystkie dzieci w dzień Wigilii, wypatrywał pierwszej gwiazdki. Niestety na niebie kłębiły się jedynie granatowe deszczowe chmurzyska. Tomaszek martwił się, że nie ma śniegu i w końcu bardzo się zniecierpliwił, że tej gwiazdki nie ma i nie ma. Jak długo można czekać? Babcia proponuje, by Tomek pobawił się swoim misiem. Tomek jednak nie ma ochoty i chciałby już dostać od Mikołaja swoją kukiełkę. Wybiegł szybko na balkon, by dalej wypatrywać pierwszej gwiazdki. W tym czasie mały miś skulił się w kącie i zrobił się jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej pluszowy. W tym samym czasie na niebie deszczowe chmury bawiły się w berka, a wśród nich pojawił się mały, biały obłoczek. Aż tu nagle niebo rozdarła złota błyskawica. Z granatowych chmurek zaczęło padać, a biały obłoczek cóż miał robić? Nastroszył się jak wróbelek i na ziemię poleciały malutkie płatki śniegu. Wszystkie płatki śniegu śpiewały piosenki. Opadały delikatnie na miasta, drzewa, ludzi, by za chwilę zniknąć pod kroplami deszczu. Tak to już bywa z pierwszym śniegiem. Właśnie na ziemie miała spaść ostatnia śnieżynka Śmieszka, ale usłyszała cichutkie kap-kap. Zdziwiła się bardzo, bo nie były to krople deszczu. Musiała sprawdzić, co za smutek przycupnął pod oknem. Uciekła przed kałużą i niespodziewanie znalazła się na czymś bardzo czarnym i bardzo, bardzo mokrym. Czy domyślacie się na czym? Nie mogę wam zdradzić już nic więcej. Przeczytajcie.

Książka niezwykle poetycka i refleksyjna, opowiadająca o prawdziwych uczuciach miłości i przyjaźni. Mały Tomaszek zrozumie, że wielkim błędem było porzucenie swojego misia, którego przecież uwielbiał. Kto wie, jakie tajemnice skrywają wasze misie? Może kiedyś coś wam zdradzą. Polecam

czwartek, 24 stycznia 2013

Kierunek Mordęgi



Autor: Michał Lipszyc
Ilustracje: Halina Siemaszko
Tytuł: Wyprawa w Mordęgi, czyli skąd się biorą słowa
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Alegoria
Liczba stron: 58

W Jeżopuszczy mieszkały jeżopiski. Uwielbiam książki, które bawią się słowem i zmuszają czytelnika do abstrakcyjnego myślenia. Jeżopiski jednak wcale nie różnią się od wszystkich dzieci. Też, tak jak one, pragną dowiedzieć się wszystkiego o świecie. Poznajcie więc trzy młode jezopiski: Gdzie, Co i Jak.

Nasi bohaterowie są niezwykle ciekawscy. Każdego dnia trzej przyjaciele badali puszczę i myszkowali po niej całe dnie. Interesowało ich gdzie kończy się Jeżopuszcza, jak oddychają mordaczki, czyli bulwy, które są głównym pożywieniem jeżopisków. Starsi mieszkańcy zazwyczaj cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania. Jednak pewnego dnia, kiedy grupa starszych grała na łące w żołędzie, miarka się przebrała. Z ust jeżopisków padło kolejne pytanie: skąd się biorą słowa? No, właśnie skąd? Wiecie? Dlaczego las nazywa się las? Czy najpierw były słowa, a potem rzeczy? Kto właściwie wymyśla słowa? Czy można zmieniać nazwy rzeczy? Przyjaciele się zdziwili, że starsi nie wiedzieli, przecież powinni znać odpowiedzi na wszystkie pytania? Jeden z mieszkańców warknął tylko, że wszystkie słowa znajdują się w Masłowniku i pogonił przyjaciół do szkoły. Masłownik był wielką ociekającą tłuszczem książką- jedyną, jako znano w Jeżopuszczy. Wszystkie znane jeżopiskom słowa umieszczono w niej, na pokrytych masłem stronach. Kiedy chciano się czegoś dowiedzieć o jakimś słowie, z odpowiedniej strony zdrapywano masło i odczytywano hasło. Jednocześnie uzyskiwało się tłuszcz do duszonych modraczków. Po prostu nic się marnowało. Przyjaciele postanowili przyjrzeć się dokładniej Masłownikowi z nadzieją, że znajdą jakieś wskazówki. I owszem, znaleźli na dole strony litery ISBN. Jednak zupełnie nic im to nie mówiło. Wiedzieli na pewno, że jest to skrót i próbowali go rozszyfrować. Postanowili się udać do jednego z najmądrzejszych jeżopisków-Jeżozgryza. Jednak jego rozwiązanie ich nie zadowala. Jeżopiski postanawiają wyruszyć na wędrówkę Brudną Nortostradą. Tylko wtedy dowiedzą się czegoś o pochodzeniu słów. Moi drodzy zapraszam Was na przygodę pełną niespodzianek: kierunek Mordęgi.








Niezwykle zabawna historia, w której słowa są głównymi bohaterami. Uwielbiam tego typu połączenia wyrazowe, które tak naprawdę każdemu mogą kojarzyć się z zupełnie różnymi rzeczami czy miejscami. Do tego znakomite ilustracje sprawiają, że czytelnik zaczyna wierzyć w Jeżopuszczę. Może chwilami zbyt makabryczne, ale jak dla mnie rewelacja. Polecam.

Książka przywędrowała do mnie z księgarni Trzy Sowy, do której bardzo serdecznie Was zapraszam.

środa, 23 stycznia 2013

Z cyklu:szalone zabawy z sową.

Przyfrunęła, zatrzepotała skrzydełkami i została z nami. Skradła serce całej mojej rodziny. Sowa, bo o niej piszę już po raz kolejny sprawiła, że dzień nabrał intensywnych barw. Zresztą sami zobaczcie. Czuć od razu przepływ pozytywnej energii, prawda?





Jak już pewnie wspominałam mam fioła na punkcie sów. Córka ma już kilka w swojej kolekcji, ale każda kolejna jest inna, czym innym zdobywa nasze serca. Czasem wystarczy jedno spojrzenie. I tak było w tym przypadku. Kiedy tylko otworzyłam kopertę i wyskoczyła z niej nasza żółta sówka córka zaczęła ją przytulać i jak zawsze popędziła do swojego pokoju. i zaczął się rytuał, który nie omija niczego i nikogo. Sówka została nakarmiona i położona spać. Spała przykryta moją kołdrą, którą musiałam wyciągnąć. Tym razem kocyki na nic się zdały. Widocznie nie były tak ciepłe. Po spaniu, które trwało może minutę, córka przewiozła sowę w wózku po całym domu i po „chińsku” opowiadała jej różne historie. Niewiele zrozumiałam. Pokazała sowie gdzie może jeść (dostała swój zestaw) a także gdzie może robić sisiu. Po zwiedzaniu przyszedł czas na zabawy. Sowa musiała wiele wycierpieć. Najpierw była poduszką, po której córka skakała lub układała główkę. Sowa posiada śliczną wielokolorową zawieszkę, więc była też obkręcana na paluszku. Jednak karuzeli nasza sowa chyba nie polubiła. Oczywiście nie zabrakło przytulania i całowania i ciągłego pokazywania gdzie sowa ma oczy. A przytulać się można do takiej sowy i jest to bardzo przyjemne, gdyż wykonana jest z mięciutkiej bawełny i polaru typu Minky.

Autorka ma głowę pełną pomysłów, które wprowadza w życie i ubarwia naszą szarą rzeczywistość. Sklep Little Sophie, jest miejscem niezwykle przyjaznym i bardzo energetycznym. Znajdziecie w nim nie tylko sowy, ale także kocyki, chustki, gryzaki i poduszki. Wszystko wykonane oczywiście ręcznie z precyzyjną dbałością o szczegóły. W całej kolekcji zachwyca mnie przede wszystkim wybór bardzo kolorowych i oryginalnych materiałów. Ptaszki, słoniki, roboty, ciasteczka,kwiatki, baloniki... Czego tu nie ma!Artystka z duszą wrażliwą i wyobraźnią tak wielką, że nikt nie jest w stanie jej ogarnąć. Nie sposób przejść obojętnie obok takich cudowności, które kuszą i śnią się po nocach.

Wczoraj śnił mi się kocyk w ptaszki...

Kolorowych snów. Zachęcam do zajrzenia na stronę Little Sophie.



wtorek, 22 stycznia 2013

Na wycieczkę?



Autor: Praca zbiorowa
Wydawnictwo: Bezdroża
Liczba stron: 480

Uwielbiam miejsca na podróże mało popularne wśród turystów. I cieszę się bardzo, że trafiłam w końcu na kompetentny i pomocny przewodnik, który w skrócie podaje podstawowe informacje o państwach bałkańskich. Od razu chciałabym zaznaczyć, że jeśli potrzebujecie bardziej szczegółowych informacji, to musicie wybrać przewodnik dotyczący tylko jedno państwa. Mi taki ogólny przegląd jak najbardziej odpowiada.

Mały format, dzięki czemu możemy książkę wsadzić nawet do kieszeni kurtki. Po prostu bardzo poręczny. Przewodnik został tak skonstruowany i pomyślany, by służył praktyczną pomocą zarówno w fazie planowania wyjazdu, jak i podczas samej podróży. Rozdziały od I do V skupiają się na poszczególnych państwach bałkańskich, miejscach, które warto odwiedzić. Są tutaj zarówno informacje praktyczne jak i konkretne plany wycieczek. Każdy Kraj przedstawiono na mapach okładkowych oraz na mapach na początku rozdziałów, na których zaznaczono miasta opisane w tekście. Zawsze zwracam uwagę w przewodnikach na sposób zapisu nazw miejscowych. Podstawowym kryterium przy podawaniu nazw miejscowych była ich przydatność, dlatego np.: nazwy ulic podano w oryginalnym brzmieniu, czasem nawet zapisano je cyrylicą. W przypadku kiedy występuje ich tłumaczenie, autorzy chcieli zwrócić uwagę na znaczenie nazwy.

Wszystkie najpotrzebniejsze informacje na pewno tutaj znajdziecie. Nie ma tutaj wielu wielkoformatowych ilustracji, które tak naprawdę w przewodniku nie są potrzebne, przynajmniej dla mnie. Zdecydowanie wolę rzetelnie podane informacje. Jeśli więc planujecie podróż na Bałkany, to ten przewodnik będzie idealny.

piątek, 18 stycznia 2013

Ze Świętym Mikołajem



Autor: Mariusz Niemycki
Tytuł: Święty Mikołaj wchodzi kominem.
Ilustracje: Agata Nowak
Wydawnictwo: Skrzat
Liczba stron: 48

I jeszcze tak na koniec okresu świątecznego kolejna propozycja ze Świętym Mikołajem w roli głównej. Zawsze miałam słabość do tego typu historii. Wydawnictwo Skrzat wie doskonale, co dzieci lubią najbardziej. Doskonałe ilustracje Agaty Nowak i Madre historyjki tworzą naprawdę zgrany duet. Wystarczy tylko sięgnąć po książkę i zaczytać się przez chwilę.

Wyobraźcie sobie, że w Wigilię Bożego Narodzenia, Świętego Mikołaja odwiedził pan Pech. Pan Pech, jak każdy pech, był tak malutki, że Mikołaj na początku nawet nie zauważył jego obecności. Mikołaj nie mógł odnaleźć skarpetki, na zewnątrz renifery gotowe już do drogi niecierpliwie przebierały w śniegu kopytami. Młody elf Nuffo postanowił pomóc Mikołajowi, bo kto to pomyślał, żeby Mikołaj gubił skarpetki. Skarpetka oczywiście się znalazła, ale miała małą dziurę. Jak widać pan Pech nie próżnował. A co jeszcze zrobił pan Pech? Musicie się dowiedzieć sami, bo ja nie mogę wam nic zdradzić.

Święty Mikołaj będzie jeszcze puszczał latawce i pocieszał smutnego smoka. Zapowiada się naprawdę bardzo ciekawa lektura, która sprawi, że wszystkie świąteczne obrazy nabiorą jeszcze cieplejszych barw. Polecam wszystkim i dużym i małym czytelnikom.